Wszystko znowu jest nie tak. Też macie czasami wrażenie, że cały świat jest przeciwko wam? Ja mam tak ciągle, nieustannie i nie wiem jak długo jeszcze dam radę sama sobie z tym radzić.
Znowu kolejna rzecz mi nie wyszła. Lista moich porażek dawno przekroczyła miliard i wcale nie zanosi się na to, żeby na tym miało się skończyć. Im bardziej próbuję, tym bardziej nie wychodzi, a jeśli wszystko olewam, tak samo nic nie idzie po mojej myśli. Dlaczego czasami nie może mi się coś tak po prostu udać? Cholera, jak długo jeszcze muszę wspinać się ciągle pod górę? Szczytu ciągle nie widzę, a kamieni pod stopami przybywa. Czy ja jestem jakimś popieprzonym Syzyfem? Nie, nie obraziłam bogów olimpu. Choć tak właśnie się czuję, jakbym wszystkich zawiodła. Bo może właśnie tak jest, nie spełniłam ich oczekiwać, więc teraz mają mnie już gdzieś. A gdzie jest ktoś, kto spełni moje oczekiwania? Czy naprawdę są one tak wielkie, że nikt nie potrafi im sprostać? Czy obecność i radość z bycia ze mną, przytłaczają zbliżających się do mnie ludzi? A ja tylko tego chcę, żeby ktoś po prostu był obok, zawsze, nawet gdy wszystko się wali i pali, a ja ponownie spadam w dół. Potrzebuję kogoś kto chwyciłby mnie za rękę i nie pozwolił się stoczyć. Dlaczego jeszcze nikogo takiego nie spotkałam? Lata biegną, a ja coraz częściej myślę, że może takie jest właśnie moje przeznaczenie. Być samotną. Tak z całą pewnością samotność bardzo dobrze mi wychodzi. Tylko to jest takie paskudne uczucie, gdy orientujesz się, że nie masz nikogo, do kogo mogłabyś pójść w sobotni wieczór. Już nie masz. Ludziom poprzestawiało się w głowach, mi pewnie też, nie przeczę. Odrzuciłam ten ich alkohol, te imprezy, papierosy i jointy, więc oni odrzucili mnie. Popieprzeni przyjaciele na dobre i nie na złe. A w moim życiu ciągle jest źle i ta krótkodystansowa znajomość nie sprawdza się, bo nikt nie chce babrać się w moich porażkach. Może gdzieś na samym spodzie istnieją jakieś sukcesy, dobre decyzje i zalety, lecz leżą zbyt głęboko bym była w stanie je dosięgnąć. By ktokolwiek był w stanie je ujrzeć. A niestety nie posiadam łopaty, rydla, ani ochronnego kasku. choć może to była by jakaś alternatywa, uderzyć się w głowę tak mocno, by zapomnieć o wszystkim i zacząć od nowa. Może wtedy ktoś zabrał by mnie na kolejkę liniową, i zamiast wspinać się po nich, mogłabym ze wzruszeniem je podziwiać?
Tak, wiem to nierealne.
Pierwsza zasada życia: nie przywiązuj się do rzeczy, miejsc i ludzi.
piątek, 26 września 2014
piątek, 19 września 2014
Gdy nie wiem co i jak.
Może nie powinnam wyjeżdżać. Czy nie lepiej było by zostać, tutaj, gdzie wszystko jest mi znajome, gdzie wiem, do kogo mogłabym zwrócić się o pomoc. Ale przecież chcę stąd uciec. Tutaj jest za ciasno, za ponuro, za niejasno dla mnie. Duszę się i potrzebuję większej przestrzeni, nowego powietrza. Chciałabym poznać nowych ludzi, którzy na nowo podniosą moją wiarę w siebie. Bo tak naprawdę to jest moim celem - uwierzyć, że ja też mogę dać radę, że nie jestem aż tak beznadziejna, jak siebie maluję. Chciałabym, żeby tak było. I choć wiem, że będę tęskniła za tym wszystkim, za akacjami, za stawem, za siostrą, za chrześniakiem, za tutejszymi znajomymi, za Miśkiem i za rodziną, wiem, że pod koniec września spakuję się i wyjadę. To nie jest tak, że się odcinam, ja po prostu muszę zacząć oddychać innym powietrzem. Nie wiem, czy umiałabym dalej żyć w tym miejscu. Mimo, że bardzo je kocham i jestem do niego ogromnie przywiązana muszę zrobić sobie przerwę. Może kiedyś tu wrócę? Kto wie. Nie przekreślam takiej opcji. W ogóle niczego nie chcę skreślać, żeby nikt nie skreślił mnie.
Chyba wiążę z tym wyjazdem większe nadzieje, niż jestem w stanie przyznać. Chciałabym, żeby dzięki niemu coś się zmieniło w moim życiu. Nie chce dłużej tkwić w próżni, w której sama się zamknęłam. Chcę wyjść do ludzi, do świata i zapytać się go, co ma mi do zaoferowania. Wiem, że może mnie to przerazić, w końcu nie wszystko musi iść po mojej myśli, ale nie chcę w tym momencie zakładać jak najczarniejszych scenariuszy. Muszę wierzyć, że wszystko będzie po prostu dobrze. Że nie wszystko będzie nie tak, że jeśli tylko będę tego chciała, to dam sobie radę. Nie mam innego wyjścia. Przecież jestem w tym dobra, w robieniu komuś na złość. Więc może zmienię front i postawię się problemom, kłopotom, dylematom i katastrofom. Przecież jestem w stanie to zrobić. Nie powinnam mieć co do tego wątpliwości, bo tak wiele razy tego dowiodłam. Fakt, nie zawsze moje decyzje były słuszne i przyznaję, w kilku sytuacjach powinnam zrobić jak radzili mi inni, ale wszystko potoczyło się inaczej i przynajmniej dostałam nauczkę i wiem, że sporo mi ona dała.
Uczenie się na błędach całkiem mi wychodzi, więc gdy będę polegać na sobie i swojej intuicji dam radę przeżyć to życie tak, bym nie musiała prosić o kolejne. Nie chcę już więcej niczego żałować.
Chyba wiążę z tym wyjazdem większe nadzieje, niż jestem w stanie przyznać. Chciałabym, żeby dzięki niemu coś się zmieniło w moim życiu. Nie chce dłużej tkwić w próżni, w której sama się zamknęłam. Chcę wyjść do ludzi, do świata i zapytać się go, co ma mi do zaoferowania. Wiem, że może mnie to przerazić, w końcu nie wszystko musi iść po mojej myśli, ale nie chcę w tym momencie zakładać jak najczarniejszych scenariuszy. Muszę wierzyć, że wszystko będzie po prostu dobrze. Że nie wszystko będzie nie tak, że jeśli tylko będę tego chciała, to dam sobie radę. Nie mam innego wyjścia. Przecież jestem w tym dobra, w robieniu komuś na złość. Więc może zmienię front i postawię się problemom, kłopotom, dylematom i katastrofom. Przecież jestem w stanie to zrobić. Nie powinnam mieć co do tego wątpliwości, bo tak wiele razy tego dowiodłam. Fakt, nie zawsze moje decyzje były słuszne i przyznaję, w kilku sytuacjach powinnam zrobić jak radzili mi inni, ale wszystko potoczyło się inaczej i przynajmniej dostałam nauczkę i wiem, że sporo mi ona dała.
Uczenie się na błędach całkiem mi wychodzi, więc gdy będę polegać na sobie i swojej intuicji dam radę przeżyć to życie tak, bym nie musiała prosić o kolejne. Nie chcę już więcej niczego żałować.
środa, 17 września 2014
Zacznę od jutra.
Kolejny dzień minął.
Ostatnio robię się coraz bardziej sentymentalna i zaczynam zwracać uwagę na upływający czas. Przeżyłam już najprawdopodobniej jedną czwartą swojego życia, ale nie był to czas z którego jestem zadowolona. Gdybym mogła cofnąć wskazówki zegarka do tyłu większość rzeczy zrobiłabym inaczej. Byłabym inna. Teraz już wiem, na czym polega nauka na własnych błędach i wiem, że można ją zacząć dopiero gdy się je popełni. Na nic zdają się ostrzeżenia bardziej doświadczonych ludzi. Gdy ma się okazję, nikogo się nie słucha, kiedy już jest za późno i zauważa się, że od samego początku nie miało się racji. I właśnie tym dla mnie jest nauczka. Że rozumię, co zrobiłam źle. Fakt, nie mogę tego zmienić, ani naprawić, ale mogę się postarać by już nigdy więcej tego nie zrobić. A to już jest dużo. Przynajmniej dla mnie.
Czy jestem zadowolona z punktu w którym się znalazłam z tym całym swoim życiowym bałaganem?
Niekoniecznie. Wolałabym być gdzieś indziej. Ale nie jestem. To moje własne wybory skierowały mnie do tego miejsca.
Kiedyś przeczytałam, że kiedy bierzemy życie we własne ręce, dzieje się rzecz straszna- nie mamy na kogo zwalić winy.
Ja również bardzo się starałam, o wolny wybór. To ja chciałam podejmować decyzje, gdzie pójdę, co zrobię, z kim się zaprzyjaźnię. Chciałam jedynie sobie wszystko zawdzięczać.
Ale nie wszystko mi wyszło.
Kilka spraw się posypało, kilkanaście razy źle odczytałam drogowskazy i poszłam w złym kierunku, kilkadziesiąt ludzi z którymi zdecydowałam się przyjaźnić zostawiło mnie na lodzie.
Ale ja o tym zdecydowałam. Ja sama. I wiem, że do nikogo nie mogę mieć pretensji, z wyjątkiem siebie, bo sama skazałam się na taki los. Nikt do niczego mnie zmuszał.
W decydowaniu nie ma niczego złego, do momentu tych nietrafionych decyzji. Bo kiedy coś zaczyna się walić i znowu nam nie wychodzi, jedyne czego chcemy to uwierzyć, że to nie nasza wina. To on, to mama, to kwiatek, to pogoda, to drzewo, to samochód, ale nie ja. Nikt nie lubi wyrzutów sumienia i uczucia załamania. Ja też tego nie lubię.
Ale czasami wydaje mi się, że właśnie one nas kształtują. Bo może czasami po prostu musimy zmierzyć się z tą ciemną stroną życia, by docenić tą jasną i zauważyć, że bywało dobrze i nie zawsze się myliliśmy. Czasami po prostu świeci słońce.
Ostatnio robię się coraz bardziej sentymentalna i zaczynam zwracać uwagę na upływający czas. Przeżyłam już najprawdopodobniej jedną czwartą swojego życia, ale nie był to czas z którego jestem zadowolona. Gdybym mogła cofnąć wskazówki zegarka do tyłu większość rzeczy zrobiłabym inaczej. Byłabym inna. Teraz już wiem, na czym polega nauka na własnych błędach i wiem, że można ją zacząć dopiero gdy się je popełni. Na nic zdają się ostrzeżenia bardziej doświadczonych ludzi. Gdy ma się okazję, nikogo się nie słucha, kiedy już jest za późno i zauważa się, że od samego początku nie miało się racji. I właśnie tym dla mnie jest nauczka. Że rozumię, co zrobiłam źle. Fakt, nie mogę tego zmienić, ani naprawić, ale mogę się postarać by już nigdy więcej tego nie zrobić. A to już jest dużo. Przynajmniej dla mnie.
Czy jestem zadowolona z punktu w którym się znalazłam z tym całym swoim życiowym bałaganem?
Niekoniecznie. Wolałabym być gdzieś indziej. Ale nie jestem. To moje własne wybory skierowały mnie do tego miejsca.
Kiedyś przeczytałam, że kiedy bierzemy życie we własne ręce, dzieje się rzecz straszna- nie mamy na kogo zwalić winy.
Ja również bardzo się starałam, o wolny wybór. To ja chciałam podejmować decyzje, gdzie pójdę, co zrobię, z kim się zaprzyjaźnię. Chciałam jedynie sobie wszystko zawdzięczać.
Ale nie wszystko mi wyszło.
Kilka spraw się posypało, kilkanaście razy źle odczytałam drogowskazy i poszłam w złym kierunku, kilkadziesiąt ludzi z którymi zdecydowałam się przyjaźnić zostawiło mnie na lodzie.
Ale ja o tym zdecydowałam. Ja sama. I wiem, że do nikogo nie mogę mieć pretensji, z wyjątkiem siebie, bo sama skazałam się na taki los. Nikt do niczego mnie zmuszał.
W decydowaniu nie ma niczego złego, do momentu tych nietrafionych decyzji. Bo kiedy coś zaczyna się walić i znowu nam nie wychodzi, jedyne czego chcemy to uwierzyć, że to nie nasza wina. To on, to mama, to kwiatek, to pogoda, to drzewo, to samochód, ale nie ja. Nikt nie lubi wyrzutów sumienia i uczucia załamania. Ja też tego nie lubię.
Ale czasami wydaje mi się, że właśnie one nas kształtują. Bo może czasami po prostu musimy zmierzyć się z tą ciemną stroną życia, by docenić tą jasną i zauważyć, że bywało dobrze i nie zawsze się myliliśmy. Czasami po prostu świeci słońce.
poniedziałek, 15 września 2014
Nie tak miało to wyglądać.
Rzeczywistość która mnie otacza, jest tak różna od moich marzeń i wyobrażeń, że zastanawiam się, czy aby nie przesadzam. Może powinnam trzymać wyobraźnię bardziej na wodzy, bo coraz bardziej rozczarowuje się prawdą. Jest ona okrutna i nie taka, jaka miała by być według mnie. W moich snach może życie wygląda całkiem inaczej. Nie ma w nim aż tyle lęku, niepowodzeń i rozczarowań. Pewnie dlatego, że istnieje ono jedynie w mojej głowie. To, z czym muszę się naprawdę na co dzień zmierzać jest inne, trudniejsze i niewygodne. Nic nie idzie tak jak chcę, wszystko jest na przekór. A mi powoli zaczyna brakować sił by mierzyć się z beznadziejną rzeczywistością. Bo ile może zabiegać o czyjąś uwagę? Tydzień? Miesiąc? Rok? Ja już mam dość. Chciałabym tak zwyczajnie odpuścić i olać wszystko i wszystkich, ale nie mogę, nie umiem, nie chcę. To bezsensu, brak w moim życiu jakiejkolwiek logiki. Ale tak to już jest, cóż mogę z tym zrobić? Gdybym dała sobie spokój, może wreszcie zaczęłabym oddychać, a nie walczyć o oddech. Jak na razie, ciągle walczę. O uwagę, o spojrzenie, o zauważenie, o uczucie, o przyjaźń, o miłość. O wszystko. Stoczyłam już wiele bitw, a przede mną cała masa nowych wyzwań którym muszę podołać, wojen które muszę wygrać. Bo walczę o siebie i dla siebie, a podobno za nic ważniejszego nie można walczyć. Chciałabym w to uwierzyć, że coś znaczę, nie tylko dla kogoś, ale też dla siebie. Chciałabym móc dostrzec w lustrze kogoś wyjątkowego, zadowolonego z życia, uśmiechniętego. Czy to takie trudne? Dla mnie z całą pewnością tak. Nie jest łatwo zmienić siebie, naprawić to co się zepsuło i powstawiać nowe części. Wiem, że muszę udać się do jakiegoś przyzwoitego warsztatu na wymianę oleju. Na starym już długo nie pochodzę, potrzebuję nowej energii, nowej wiary, nowej siły by nie poddać się, by stawić czoło tej beznadziejnej jawie, by nie bać się obudzić. Nie chcę obawiać się poranka, chcę cieszyć się każdym dniem. Tak wiem, że to nie będzie łatwe, ale to jest wykonalne, jeśli tylko się postaram. Więc jeśli chcę pójść do przodu i przestać przejmować się tym co było potrzebuję przeglądu. Muszę się dowiedzieć, czy wszystko ze mną w porządku. Ktoś musi mnie w tym upewnić, bo sama sobie już nie wierzę.
Kto będzie moim mechanikiem?
Kto będzie moim mechanikiem?
niedziela, 14 września 2014
Skomplikowane.
Wszystko się komplikuje. Nikt nie idzie mi na rękę. Nic nie jest łatwe, wprost przeciwnie, nieustannie ktoś każe mi zdobywać szczyty, pozbawiając mnie towarzyszącej temu radości, zadowolenia i spełnienia, bo gdy tylko wejdę na górę przed sobą widzę kolejny, dużo wyższy punkt, który muszę osiągnąć. Nie chcę tak dalej.
Chciałabym usiąść na skraju polany i móc odpocząć. Nie lubię biec. Nie jestem typem sportowca. Jestem kanapowym leniem, który woli książkę od imprezy.
No może przesadzam, imprezy lubię. Nawet bardzo.
Ale imprezy są puste. To oczywiście nie jest tak, że mam coś do nich, bo przecież uwielbiam potańczyć, pobawić się ze znajomymi, ale imprezy są po prostu puste. Faceci poznani na takich imprezach są puści. Zresztą ja nie mam do nich szczęścia. W klubach spotykam tylko takich co są już zajęci, lub takich którzy są pijani, a ich jedynym marzeniem jest obmacanie dziewczyny.
Po co ja w ogóle o tym piszę?
To oczywiste, że tak właśnie jest i oczywiste jest też to, że dupki na imprezach nie są najlepszym tematem rozważań.
Znowu zaczynam się nad sobą użalać? Przecież miałam przestać. Dobrze jest tak jak jest.
W moim przypadku samotna równa się szczęśliwa, a przynajmniej chciałabym żeby tak było.
Nie powinnam przejmować się tym, że żyję w pojedynkę. Nie potrzebuję mieć kogoś by być szczęsliwą.
Okej, to kłamstwo. Perfidne oszustwo samej siebie.
Prawda jest taka, że chciałabym, żeby było inaczej. Żeby był ktoś o kogo mogłabym się martwić i ktoś kto martwił by się o mnie. Ktoś z kim życie było by przyjemniejsze, łatwiejsze i prostsze. Taki zwyczajny ktoś.
Ale nikogo takiego nie ma, więc nie mam innego wyjścia niż się z tym pogodzić.
Bo przecież nie potrzebuję nikogo, by chcieć być szczęśliwą.
Chciałabym usiąść na skraju polany i móc odpocząć. Nie lubię biec. Nie jestem typem sportowca. Jestem kanapowym leniem, który woli książkę od imprezy.
No może przesadzam, imprezy lubię. Nawet bardzo.
Ale imprezy są puste. To oczywiście nie jest tak, że mam coś do nich, bo przecież uwielbiam potańczyć, pobawić się ze znajomymi, ale imprezy są po prostu puste. Faceci poznani na takich imprezach są puści. Zresztą ja nie mam do nich szczęścia. W klubach spotykam tylko takich co są już zajęci, lub takich którzy są pijani, a ich jedynym marzeniem jest obmacanie dziewczyny.
Po co ja w ogóle o tym piszę?
To oczywiste, że tak właśnie jest i oczywiste jest też to, że dupki na imprezach nie są najlepszym tematem rozważań.
Znowu zaczynam się nad sobą użalać? Przecież miałam przestać. Dobrze jest tak jak jest.
W moim przypadku samotna równa się szczęśliwa, a przynajmniej chciałabym żeby tak było.
Nie powinnam przejmować się tym, że żyję w pojedynkę. Nie potrzebuję mieć kogoś by być szczęsliwą.
Okej, to kłamstwo. Perfidne oszustwo samej siebie.
Prawda jest taka, że chciałabym, żeby było inaczej. Żeby był ktoś o kogo mogłabym się martwić i ktoś kto martwił by się o mnie. Ktoś z kim życie było by przyjemniejsze, łatwiejsze i prostsze. Taki zwyczajny ktoś.
Ale nikogo takiego nie ma, więc nie mam innego wyjścia niż się z tym pogodzić.
Bo przecież nie potrzebuję nikogo, by chcieć być szczęśliwą.
czwartek, 11 września 2014
Dziwne jest to życie!
Chciałam znaleźć plan dla siebie i na siebie. I wydawało mi się, że jestem prawie u celu, że już wiem, co chcę ze sobą zrobić. I znowu wszystko się posypało. Dalej nie wiem w jakim kierunku pójść, widzę przed sobą zbyt wiele dróg i boję się momentu, w którym będę musiała zdecydować którą iść. Nie lubię wyborów, nie jestem w tym dobra. Zresztą nie wierzę w nie. Nie zawsze nasze wybory mają aż tak duże znaczenie, jak nam się wydaje. Czasami po prostu rządzi nami przypadek, to on decyduje bez porozumienia z nami. Nie jesteśmy odpowiedzialni za to, że znajdziemy się w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu, lub odwrotnie. Czasami wszystko jest nieodpowiednie i na to też nie mamy wpływu. Bo to los bierze nasze życie w swoje ręce i decyduje czy zanieść nas na słoneczną łąkę, czy postawić na drodze, obok wielkiej kałuży i przejeżdżającej przez nią ciężarówki. No dobra, może trochę za bardzo fantazjuję z tą łąką, ale ciężarówka jest jak najbardziej na miejscu.
Więc skoro nie mamy wpływu na całe swoje życie, a jedynie na jego niewielką część, to może po prostu powinniśmy przestać się zadręczać tym, czy mamy swoje życie w swoich rękach, czy też nie. Nie mamy, nie zawsze, więc ja też powinnam nie przejmować się tym, że mogę pójść w złym kierunku. Fakt, nie zawsze można ze złej ścieżki tak po prostu zawrócić, ale kiedy ufa się sobie, swojej intuicji i przeczuciu, jest się w stanie znaleźć nowy szlak, na którym może będzie lepiej. A może nie.
Ktoś powiedział, że życie polega na kochaniu, a mi się wydaje, że całe nasze życie jest jednym wielkim poszukiwaniem. Szukamy miłości, akceptacji, bezpieczeństwa, przyjaźni, zrozumienia, pracy, zadowolenia, rodziny, domu, pieniędzy, rozrywki. I nigdy nie przestajemy szukać, zawsze znajdzie się coś, czego nie mamy i do czego będziemy uparcie dążyć.
To nie jest zły sposób na to życie, takie szukanie samej siebie na pewno czegoś uczy. A więc moim zadaniem jest nie zapomnieć o tym i ciągle szukać, nawet kiedy nie wiem, czego tak naprawdę chcę.
Więc skoro nie mamy wpływu na całe swoje życie, a jedynie na jego niewielką część, to może po prostu powinniśmy przestać się zadręczać tym, czy mamy swoje życie w swoich rękach, czy też nie. Nie mamy, nie zawsze, więc ja też powinnam nie przejmować się tym, że mogę pójść w złym kierunku. Fakt, nie zawsze można ze złej ścieżki tak po prostu zawrócić, ale kiedy ufa się sobie, swojej intuicji i przeczuciu, jest się w stanie znaleźć nowy szlak, na którym może będzie lepiej. A może nie.
Ktoś powiedział, że życie polega na kochaniu, a mi się wydaje, że całe nasze życie jest jednym wielkim poszukiwaniem. Szukamy miłości, akceptacji, bezpieczeństwa, przyjaźni, zrozumienia, pracy, zadowolenia, rodziny, domu, pieniędzy, rozrywki. I nigdy nie przestajemy szukać, zawsze znajdzie się coś, czego nie mamy i do czego będziemy uparcie dążyć.
To nie jest zły sposób na to życie, takie szukanie samej siebie na pewno czegoś uczy. A więc moim zadaniem jest nie zapomnieć o tym i ciągle szukać, nawet kiedy nie wiem, czego tak naprawdę chcę.
niedziela, 7 września 2014
Co ja robię?
Stoję w miejscu.
Zamiast wziąć się za siebie i ruszyć śmiało do przodu, ja ciągle się obawiam, że może mi się nie udać. W rezultacie nieustannie tkwię w tym samym martwym punkcie. Bezsensownie.
Nic mi się nie udaje, wszystko czego się podejmuję kończy się z fiaskiem, czyli szybko, z całkowitą porażką. Nic nie jest dobrze, choć przecież powinno. Czy na to nie zasługuję? Chciałabym choć raz zrobić coś dobrze, by inni mogli być ze mnie dumni.
Nie chce być nieustannie szarą owcą której nic nie wychodzi. Bo chociaż to prawda, chciałabym, żeby było inaczej.
Chciałabym się zmienić, lecz nie potrafię. Nie umiem tak po prostu wyznać co mi leży na sercu, wyrzucić z siebie wszystkie argumenty, którymi staram się przekonać samą siebie, że nei wszystko jest ze mną w porządku.
Bo może właśnie wszystko idealnie gra, tylko ciągle usiłuję tego nie zauważyć. Bo gdybym to dostrzegła, musiałabym przyznać, że za wszystkie swoje porażki nie jest odpowiedzialny mój charakter, moja nieśmiałość czy moje geny, lecz po prostu ja, bo nieustannie robię z igły problem. Nikt nie jest idealny, z tym się zgodzę, wiem, że ja też nie jestem. Ale może faktycznie za bardzo przerysowuje swoje wady i słabe punkty, nie widząc tych pozytywnych cech, które gdzieś przecież też muszą być. Zawsze są, trzeba ich tylko poszukać.
Od czego mam zacząć? Znam odpowiedź na to pytanie, ale boję się co ona za sobą może pociągnąć.
Powinnam zacząć od siebie, zmienić się. I znowu dochodzę do punktu wyjścia i ciągle nie wiem jak mam to zrobić. Jak? To wcale nie jest łatwe. Zwłaszcza dla mnie.
Będę musiała naprawdę sporo się nagimnastykować, by odsunąć od siebie tę otaczającą mnie szarość chociaż na centymetr. Chciałabym, żeby mi się udało. Jednak jak mówi znalezione w internecie przysłowie, pomiędzy "chcieć", a "móc" stoi "zapracować". Więc chyba nie mam innego wyjścia, jak zabrać się za tą parszywą robotę. Cóż użeranie się z samym sobą nie jest przyjemnym zajęciem, ale niestety dla mnie jest to niezbędna kwestia, to temat, który muszę obowiązkowo zaliczyć.
Zamiast wziąć się za siebie i ruszyć śmiało do przodu, ja ciągle się obawiam, że może mi się nie udać. W rezultacie nieustannie tkwię w tym samym martwym punkcie. Bezsensownie.
Nic mi się nie udaje, wszystko czego się podejmuję kończy się z fiaskiem, czyli szybko, z całkowitą porażką. Nic nie jest dobrze, choć przecież powinno. Czy na to nie zasługuję? Chciałabym choć raz zrobić coś dobrze, by inni mogli być ze mnie dumni.
Nie chce być nieustannie szarą owcą której nic nie wychodzi. Bo chociaż to prawda, chciałabym, żeby było inaczej.
Chciałabym się zmienić, lecz nie potrafię. Nie umiem tak po prostu wyznać co mi leży na sercu, wyrzucić z siebie wszystkie argumenty, którymi staram się przekonać samą siebie, że nei wszystko jest ze mną w porządku.
Bo może właśnie wszystko idealnie gra, tylko ciągle usiłuję tego nie zauważyć. Bo gdybym to dostrzegła, musiałabym przyznać, że za wszystkie swoje porażki nie jest odpowiedzialny mój charakter, moja nieśmiałość czy moje geny, lecz po prostu ja, bo nieustannie robię z igły problem. Nikt nie jest idealny, z tym się zgodzę, wiem, że ja też nie jestem. Ale może faktycznie za bardzo przerysowuje swoje wady i słabe punkty, nie widząc tych pozytywnych cech, które gdzieś przecież też muszą być. Zawsze są, trzeba ich tylko poszukać.
Od czego mam zacząć? Znam odpowiedź na to pytanie, ale boję się co ona za sobą może pociągnąć.
Powinnam zacząć od siebie, zmienić się. I znowu dochodzę do punktu wyjścia i ciągle nie wiem jak mam to zrobić. Jak? To wcale nie jest łatwe. Zwłaszcza dla mnie.
Będę musiała naprawdę sporo się nagimnastykować, by odsunąć od siebie tę otaczającą mnie szarość chociaż na centymetr. Chciałabym, żeby mi się udało. Jednak jak mówi znalezione w internecie przysłowie, pomiędzy "chcieć", a "móc" stoi "zapracować". Więc chyba nie mam innego wyjścia, jak zabrać się za tą parszywą robotę. Cóż użeranie się z samym sobą nie jest przyjemnym zajęciem, ale niestety dla mnie jest to niezbędna kwestia, to temat, który muszę obowiązkowo zaliczyć.
środa, 3 września 2014
Waga uśmiechu.
Przez chwilę myślałam, że wiem czego chcę. Może faktycznie, przez ułamek sekundy tak było. Ale teraz nie jestem pewna niczego.
Studia w obcym mieście, bez żadnych przyjaciół których mogłabym zabrać ze sobą? Czy to naprawdę dobry pomysł?
Niestety nie mam żadnego innego.
Chyba się pogubiłam. Okej, na pewno się pogubiłam, ale nie wiem jak się odnaleźć.
A jeśli miałabym powiedzieć szczerze, to nie wiem czy tak naprawdę chcę to zrobić.
Po raz kolejny nie mam nic, tym razem zaś postanowiłam zostawić za sobą o wiele więcej.
Ciągle nie jestem pewna swojego wyboru.
A co jeśli wybrałam źle? Jeśli zdecydowałam się na złą drogę? Co wtedy?
Nie mam innej opcji, już teraz nie mogę zawrócić. Muszę iść dalej, ciągle do przodu i zrobić wszystko by się udało.
Może wcale nie będzie aż tak źle?
Może ten jeden, jedyny raz wybrałam dobrze?
Bardzo bym chciała żeby tak było. Chciałabym wierzyć, że może tak być.
Czasami gubię się we własnym toku myślenia, nie nadążam za sobą.
Okej, to są jakieś brednie. Zamiast użalać się nad sobą, powinnam wziąć się w garść i nie myśleć tak bardzo pesymistycznie. Wszystko tak naprawdę zależy od właściwego nastawienia. Czy tak ciężko jest podnieść wysoko głowę i stawić czoło temu wszystkiemu, z czym tak trudno jest sobie dać radę? Tak, to jest trudne, niewyobrażalnie trudne. Ale czy ktoś powiedział, że będzie łatwo? Życie nie jest łatwe, gdyby tak było każdemu by się znudziło. Dlatego ktoś wymyślił problemy, by ludzkie życie wyglądało ciekawiej. A ja bym jedynie chciała być tak strasznie nudnie szczęśliwą. Nic więcej.
Studia w obcym mieście, bez żadnych przyjaciół których mogłabym zabrać ze sobą? Czy to naprawdę dobry pomysł?
Niestety nie mam żadnego innego.
Chyba się pogubiłam. Okej, na pewno się pogubiłam, ale nie wiem jak się odnaleźć.
A jeśli miałabym powiedzieć szczerze, to nie wiem czy tak naprawdę chcę to zrobić.
Po raz kolejny nie mam nic, tym razem zaś postanowiłam zostawić za sobą o wiele więcej.
Ciągle nie jestem pewna swojego wyboru.
A co jeśli wybrałam źle? Jeśli zdecydowałam się na złą drogę? Co wtedy?
Nie mam innej opcji, już teraz nie mogę zawrócić. Muszę iść dalej, ciągle do przodu i zrobić wszystko by się udało.
Może wcale nie będzie aż tak źle?
Może ten jeden, jedyny raz wybrałam dobrze?
Bardzo bym chciała żeby tak było. Chciałabym wierzyć, że może tak być.
Czasami gubię się we własnym toku myślenia, nie nadążam za sobą.
Okej, to są jakieś brednie. Zamiast użalać się nad sobą, powinnam wziąć się w garść i nie myśleć tak bardzo pesymistycznie. Wszystko tak naprawdę zależy od właściwego nastawienia. Czy tak ciężko jest podnieść wysoko głowę i stawić czoło temu wszystkiemu, z czym tak trudno jest sobie dać radę? Tak, to jest trudne, niewyobrażalnie trudne. Ale czy ktoś powiedział, że będzie łatwo? Życie nie jest łatwe, gdyby tak było każdemu by się znudziło. Dlatego ktoś wymyślił problemy, by ludzkie życie wyglądało ciekawiej. A ja bym jedynie chciała być tak strasznie nudnie szczęśliwą. Nic więcej.
poniedziałek, 1 września 2014
Nowa ja!
Wystarczyło delete. Jeden klawisz usunął wszystkie posty z "tamtego życia".
Co ja właśnie robię?
Czasem też się zastanawiam, lecz tym razem wiem.
Chcę zacząć wszystko od nowa. Skończyłam liceum, uporałam się z maturą i dostałam na studia. Teraz zaczynam w nowym mieście nową szkołę, więc i ja choć trochę muszę się ogarnąć. Nie mogę zacząć nowego życia ze starymi problemami. To nie miało by sensu. Tylko jak się z nimi uporać?
Na razie postanawiam wrzucić je do jednego worka i odstawić na boczny tor. Te wszystkie moje obsesje chcę zostawić za sobą.
Dosyć biadolenia, pora od wszystkiego się odciąć. Koniec przejmowania się bzdurami.
Nowa, lepsza ja wie co jest ważne.
Ale czy na pewno?
Nie wiem.
Okazuje się, że całkiem sporo rzeczy nie wiem. Nawet nie wiem, czy powinno mi to przeszkadzać.
Czasami chciałabym, żeby był ktoś, kto wskaże mi kierunek, powie, gdzie mam iść.
Nie lubię wybierać. Zawsze obawiam się, że wybiorę źle. I zazwyczaj tak się dzieje.
Miałam już dłużej się nad sobą nie użalać, ale to silniejsze ode mnie, ze starych przyzwyczajeń bardzo trudno się wyleczyć.
Może po prostu nie znaleziono jeszcze odpowiedniego lekarstwa? Albo ja go nie dostałam?
A może wystarczy tak po prostu uwierzyć w siebie, że się umie, rozumie i potrafi, w to, że jest się coś wartym, a to owe "coś" jest większe od przysłowiowego grosika?
Problem w tym, że to nie jest łatwe zadanie. Na pewno nie dla mnie.
Nie mam pewności siebie, nie umiem powiedzieć, że mogę znacznie więcej niż mi się wydaje.
Prawda jest taka, że ciągle jestem szarą, zakompleksioną myszką w kolorowych ubraniach.
Ale jeśli chcę zacząć od nowa muszę coś z tym zrobić.
Co ja właśnie robię?
Czasem też się zastanawiam, lecz tym razem wiem.
Chcę zacząć wszystko od nowa. Skończyłam liceum, uporałam się z maturą i dostałam na studia. Teraz zaczynam w nowym mieście nową szkołę, więc i ja choć trochę muszę się ogarnąć. Nie mogę zacząć nowego życia ze starymi problemami. To nie miało by sensu. Tylko jak się z nimi uporać?
Na razie postanawiam wrzucić je do jednego worka i odstawić na boczny tor. Te wszystkie moje obsesje chcę zostawić za sobą.
Dosyć biadolenia, pora od wszystkiego się odciąć. Koniec przejmowania się bzdurami.
Nowa, lepsza ja wie co jest ważne.
Ale czy na pewno?
Nie wiem.
Okazuje się, że całkiem sporo rzeczy nie wiem. Nawet nie wiem, czy powinno mi to przeszkadzać.
Czasami chciałabym, żeby był ktoś, kto wskaże mi kierunek, powie, gdzie mam iść.
Nie lubię wybierać. Zawsze obawiam się, że wybiorę źle. I zazwyczaj tak się dzieje.
Miałam już dłużej się nad sobą nie użalać, ale to silniejsze ode mnie, ze starych przyzwyczajeń bardzo trudno się wyleczyć.
Może po prostu nie znaleziono jeszcze odpowiedniego lekarstwa? Albo ja go nie dostałam?
A może wystarczy tak po prostu uwierzyć w siebie, że się umie, rozumie i potrafi, w to, że jest się coś wartym, a to owe "coś" jest większe od przysłowiowego grosika?
Problem w tym, że to nie jest łatwe zadanie. Na pewno nie dla mnie.
Nie mam pewności siebie, nie umiem powiedzieć, że mogę znacznie więcej niż mi się wydaje.
Prawda jest taka, że ciągle jestem szarą, zakompleksioną myszką w kolorowych ubraniach.
Ale jeśli chcę zacząć od nowa muszę coś z tym zrobić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)